Zawsze, gdy udaje się spełnić jakieś marzenie, człowiek jest w takim lekkim amoku. No bo, jak to – udało się? Naprawdę!?… A potem jest krzyk i zgrzytanie zębów. Z radości, oczywiście!
To niesamowite, niesamowite i jeszcze raz powtórzę – niesamowite! Jakimś "cudownym cudem" udało mi się znaleźć wśród szczęśliwców, jakieś nadprzyrodzone moce sprawiły, iż to wszystko stało się realne. I ciąglę mrugam oczami ze zdziwienia, bo niesamowite jest też to, iż dzięki pisaniu i wygranemu konkursowi po raz drugi udaje mi się wyjechać – za pierwszym razem była to Anglia i tematy związane z hospicjum (a także chociażby zwiedzanie ślicznego Yorku). Teraz – miejsca zbrodni katyńskiej, Wilno i cała masa innych interesujących miejsc. Aż powótrzę po raz kolejny: nie-sa-mo-wi-te!
Jak to się dowiedziałam?
W poniedziałek jechałam do Warszawy, na trzydniową wycieczkę. Godzina była mordercza, bo gdzieś przed czwartą był wyjazd. Dzień wcześniej miały miejsce koncerty, musiałam zrobić jako dziennikarka materiał, a później poszłam do znajomych i od nich bezpośrednio na ten morderczy, ranny autobus. Dosłownie kilka minut przed tym, zanim wyszłam z domu, zerknęłam na moment na jakąś stronę, włączył mi się jakoś ten blog i pomyślałam: "Hm, wejdę, ciekawe, czy coś już napisali". I, viola – napisali! I to jeszcze jak! Jejku-jej, ja wiem, to poważny temat, poważny konkurs, a ja w związku ze swoim wiekiem powinnam powoli stawać się poważnym człowiekiem, noale – radości i śmiechu ze szczęścia ukryć nie potrafiłam, hyh.
…i co dalej?
We wtorek odbędzie się oficjalna uroczystość, na pewno wrzucę jakieś zdjęcia, na pewno napiszę jakąś relację. Przedtem chciałabym napisać ten jeden zaległy tekst, który tak ciągle odkładam i odkładam, a już dawno-dawno powinien ujrzeć światło dzienne. Ale coś z tym odkładaniem jest, oj, jest. O samym konkursie dowiedziałam się jakoś miesiąc przed zakończeniem, ale, mówiąc szczerze, nie ciągnęło mnie. Katastrofa w Smoleńsku była takim kopem, takim wewnętrznym kopem, który zmusił do działania. I zabrałam się. Co prawda dwa dni przed końcem, noale…
Wrześniowy wyjazd
Wyjazd ma miejsce w trzecim tygodniu września. To dla mnie ważne z dwóch powodów. Pierwszy to sprawa wewnętrzna, emocjonalna – historia siedzi we mnie, gdzieś tam, w środku. Wiem, że to wyjazd wymagający silnej psychiki, wyjazd, który porusza wrażliwość, te wszystkie cechy. O uczuciach, o emocjach pisać trudno, ale postaram się, będę się starała. Właśnie – pisać. Na początku wspominałam, iż pisanie to moja pasja, dziennikarstwo to moja pasja, historia to moja pasja. I to jest właśnie drugi ważny powód – będę mogła wszystko naocznie zobaczyć, zrobić zdjęcia, rozmawiać z ludźmi. I wszystko, wszystko będę starała się umieszczać tutaj, by też mieć jakąś malutką, malusieńką cegiełkę w sprawie katyńskiej.
Wszystkim, którzym – jak mi – udało się znaleźć wśród tych szczęśliwców, serdecznie gratuluję! (Ha, część mych faworytów także się zakwalifikowała, więc im skrycie gratuluję niemalże podwójnie). I gratuluję też tym, którzy wzięli udział w konkursie i spróbowali swoich sił – bo tutaj najważniejsza jest pamięć, pamięć o historii, ot!
PS Tak w ogóle, bardzo miło zdziwiłam się, czytając podsumowanie konkursu i to, że – co prawda nie podając adresu, ale jednak – napisali (dziękuję!). Zresztą, zobaczcie sami: